Wonders.
Och, nie wiem, czy istniejesz, Boże. Twoją obecność wyobrażam sobie jako strugę światła płynącego gdzieś z góry, spomiędzy ciemnych chmur, jak słońce po letniej burzy, przez skłębione warstwy gęstej mgły. Barwy tej planety.
Od jakiegoś czasu doświadczam rozdzielenia. Nie mamy o czym mówić, nie mamy na co patrzeć. Nie zazdroszczę szczęścia, pojmuję kolej rzeczy. Wiem. Ile się w tym słowie zamyka.
Chciałabym raz jeszcze. Pić, tańczyć, wiedzieć, że jesteś. W powietrzu przesiąkniętym Tobą. Dlaczego nie. Umiem przecież. Spokój i szczęście. Powtarzalne słowa cyklu.
Into the Wall
Skoro nie mogę prosto w oczy. Skoro w oczy wypowiedziane nie będzie zrozumiane. Ponieważ wiem, że to, co powiedzieć chcę, nie pasuje w rzeczywistość, w konwencje, w powierzchowną znajomość. Ponieważ problem jest wyłącznie mój.
Boję się. Jutra, następnego weekendu, słów i ich braku. Boję się twojej obecności. Przerażasz mnie po prostu. Twoje towarzystwo i nieobecność jednakowo mnie rozbijają. Jedyne, w co jeszcze wierzę to, że twój przypadek w niczym nie różni się od wielu go poprzedzających. Wiem, że minie. Wcześniej czy później. Zniknie. Przebrzmi. Rozpłynie się z dźwiękiem porannych dzwonów nad Śródmieściem. I znajdę sobie nową paranoję.
And I'm still...
Still life, I'm still here. Mniej mówię, jestem. Zdaje mi się, że jestem. W linkach same martwe dusze, nikogo z zapamiętanych kiedyś osób. Zostawię, nie zamierzam wykopywać nagrobków gołymi rękami. Tymi rękami, którymi kurczowo trzymam się wspomnień. Trzymam się ich, bo nie mam nic więcej i nic więcej nie widzę. W potasowanych dniach, mijamy się gdzieś tylko, uparcie nie patrząc. Wiem. Czuję. Widzę bariery i zauważam momenty, kiedy znikają. Chwile bez osłon, ciągle się zdarzają, niezsynchronizowane, wystawiające nas na atak drugiego.
Palimy papierosy. Boże, jak my będziemy sobie wyjaśniać powody rozpoczęcia rozmowy teraz, kiedy ja palić przestałam?! Koło. Tak, zawsze zostaje jeszcze bezpieczny poziom porównywania zajęć i omawiania spraw uczelnianych. Szczególnie teraz, kiedy głosowanie zatrzęsło posadami tego mikroświatka. Mamy pretekst. Ja mam pretekst.
I przestałam jeść, wmawiam sobie, że to Pani Matka mnie karmi tak, żebym nie schudła, żeby mnie do siebie przywiązać. Bawię się tą kontrolowaną paranoją z ciekawymi efektami. Dla przykładu powiem, że dzisiaj zostawiłam wszystkie nałożone mi ziemniaki tylko dlatego, że były wymieszane z margaryną. Nie zjadłam kolacji, chyba, że jako kolację można policzyć kubek wody z cytryną i miodem. Siebie znam, sobie zakładam knebel. Nie będzie jedzenia, bo świat bez jedzenia robi się czysty, prosty, logiczny i "połączony". Przynajmniej tam znika "this feeling of being disconnected".
Pójdziemy tam, gdzie leży śnieg. Nie chcę lata. Nienawidzę gorąca, w którym nie można się spokojnie położyć i czekać na noc. Dlatego albo zima, albo pustynia. Żadnego polskiego, ociekającego lepką zielenią lata.
I ja tym zyję. Dziwne, żeś jeszcze nie zauważyła do jakiego stopnia potrafię karmić się dawnymi złudzeniami. On, Ona, On. Trzy osoby, z czego o dwóch już wiem, że ważne były. O ważności trzeciej przekonam się na końcu. Mijając kolejny punkt przejścia, dobierając kolejne wspomnienie do Albumu Niezauważania Teraźniejszości.
Randomness
Just some random babbling. Because I need a hideout. An escape. From TV series, from music, from friends. Some forgotten places. Żeby uciec, schować się, naciagnąć koc na głowę i zapomnieć za jednym zamachem prawie 24 lata życia. A zostawione miejsca dobre są na kryjówki, bo nikt w nie już nie zagląda. Tak więc, pustko moja droga... Czuję, jakby moja głowa miała eksplodować. Jakby coś w niej rosło, próbowało mi rozwalić czaszkę od środka. Jakby się tam dusiły i zagryzały setki nienarodzonych pomysłów, te moje światy bez historii, z których Madalena umie zrobić cudowne małe historie o niczym. Jakbym za dużo miała ambicji i zdecydowanie za mało sił na realizację. I dziękuję wszystkim możliwym bogom, że dzisiejszy wieczór przyniósł ból głowy. Dziękuję, bo to znaczy, że dam radę zasnąć.
Reaktywacja :P
Przepraszam, Drogi Pamiętniczku, za to, że cię zostawiłam.
"Milcząc"
Gubię buty na schodach podziemnych pasaży,
Czytam sklepowe witryny.
Głaszczę zimny parapet,
szkło okien mruczy jak kot.
Wierzyłam w prawdopodobnieństwo zdarzeń,
Celowość dróg na pomiętych mapach.
Dziś ciszą mam brudne dłonie...
Karma Police.
Przyznać się do tego. Podejść. Powiedzieć. Gdybym chciała być jednocześnie delikatna i wystarczająco zrozumiała, musiałabym użyć aż dziewięciu słów. Zamienić je na milczenie przez następny rok. Dopóki nie nauczylibyśmy się znów bez emocji mijać na korytarzach. Przebaczenie i litość. Wybiorę ciszę i zimno, które już dobrze znam. Wiem, jak szybko umieją zamarzać usta.
Forsaken.
Dlaczego ja się sama rozrywam? Czemu muszę spędzać wieczory wyrywając sobie bebechy nad nic nie znaczącymi skrawkami wspomnień na siłę zapamiętywanych? Za co? Czemu nie mam odwagi brać wszystkiego, co chciałabym wziąć, bez względu na konsekwencje? Nie spodziewając się ich wcale? Ból rośnie mi drapaniem w gardle i rzygam już tym strachem, rzygam sobą, rzygam niedmówionymi rozmowami, rzygam codziennością zimną i na wpół przetrawioną. Może to rzyganie - podopowiada mi doświadczenie byłej bulimiczki - przyniesie odpoczynek?
Keep us separated.
Błagam, nie podchodź bliżej. Już ani centymetra. I tak stykają się nasze ramiona, i tak dzieli nas tylko materiał. Powietrze nasiąka twoim ciepłem. Odsuń się. Odsuń się, bo coraz trudniej mi patrzeć w drugą stronę i czuję, jak dygocą mi dłonie. Ile to trwało, pamiętasz? Nie palce, a szpony, wczepione w siebie nawzajem, kiedy przez chwilę zdawało mi się, że upadnę. I kiedy oparłam głowę na twoim ramieniu, a ty mnie przytrzymałeś, myślałam, że zostawisz mi siniaki, tak mocny był ten chwyt. Oddzielnie, oddzielenie, oddzieleni. Tak musi zostać, tak zostanie. Ludzie dookoła. Jak ja nie znoszę nawiązywać kontaktu z otoczeniem. Później zawsze boli. Za ostre jest powietrze, za blisko usiadłeś. I wyobraź sobie, pamiętam twoją twarz. Idealnie, znam każdy centymetr. Wiem, jak patrzysz. Nie wiem tylko, po co patrzyłeś. Żeby bardziej bolało? Żebym zapomniała o tych wszystkich ludziach na widowni? A może byłeś po prostu ciekawy, co ja ci robię z twarzą? Dostałeś przecież lusterko. Teraz sobie idź. Zamknij drzwi, nie zostawaj w korytarzu. Wychodź zawsze pierwszy. I, do cholery ciężkiej, nie patrz w to okno, kiedy mija mnie autobus. Przestaniemy palić, przestaniemy rozmawiać. Jeszcze spotkamy się na scenie. Tym razem będziesz musiał mnie uderzyć. W twarz. Tak, jak obiecywałeś. Już nie mogę się doczekać.
Dogs...
Gryzę, nie podchodzić. Nie obchodzi mnie, kto jest, a kogo nie ma. Zabudowałam się cała, usta mi zaspawali, wydłubali oczy. Nie mówię, bo nie potrzebuję słów. Wszystko, co muszę znać, poznałam przed urodzeniem. Niczego innego i tak nie zapamiętam. Patrzę, patrzę, patrzę. W, w, w. Setki, setki, setki. Własnych, własnych, własnych. Twarzy, twarzy, twarzy. Niepotrzebne mi oczy, żebym mogła widzieć.
Way up North.
Kocham Mindfields, ale nie mam siły na trzy blogi i jeden LJ. Zwyczajnie nie mam, musiałabym się zapisać na śmierć, albo przestać odchodzić od komputera. Hm, jakbym kiedykolwiek od niego odchodziła... Nie to jest istotne. Istotny jest brak czasu i moja tęsknota za dobą minimum trzydziestogodzinną. Wtedy może mogłabym rozważyć jakieś rozrywki. Bo ostatnio nawet pijąc, mam poczucie winy, które przypomina mi, że zamiast próbować wprawić się w stan możliwie odmiennej świadomości, powinnam siedzieć i zapoznawać się zdaniem mnóstwa poważnych krytyków na temat mnóstwa poważnych utworów. Ładnie to ujął kumpel z Koła, pytając "Mało jeszcze robisz?". The point is, że tak. Zdecydowanie za mało robię, chociaż może tylko popadam w niepotrzebną nerwowość, co potwierdza moja Pani Matka, z dezaprobatą patrząc na mnie, kiedy na raz próbuję przekręcić stronę w książce, odpisać znajomym, że niestety nie mam chwili na odebranie telefonu i otworzyć piwo za pomocą znalezionej w cukiernicy łyżeczki. Żenujące widowisko. Bogu dzięki, że nie muszę uczyć się niemieckiego. Wprawdzie piękna to mowa i niewątpliwie potrzebna, ale sposób, w jaki Sayaa opowiada mi o swoich zajęciach, wywołuje u mnie dreszcze.
Gdybym tak chciała robić update z tygodnia, musiałabym przepisywać tutaj kilometry zeszytu. Cóż, do wielce odkrywczych wniosków tam nie dochodzę, więc sobie daruję. Kiedyś natomiast muszę wrzucić na sieć Goth Susan, nieoficjalną maskotkę Koła. Otóż trafiło mnie natchnienie i stworzyłam złośliwą, małą, ubierającą się na czarno, potarganą wiedźmę z kotem. Kot bywa "just unconscious", szczególnie, kiedy wejdzie mu w drogę chłopak Susan - "Nie mamusiu, on nie jest satanistą. Jest tylko alternatywnym chrześcijaninem." Ta nieustająca miłość do Monty Pythona pewnego dnia mnie zgubi. A Susan dostała imię od fanów, bo ja nie umiałam jej żadnego wymyślić. Jestem głupia :P
Tytuł notki pochodzi z piosenki - straszną mam fazę na Tori Amos, oderwać się nie mogę. Stąd kawałek "A Sorta Fairytale" w ramach zaproszenia do czytania. I dlatego, że też miałam przez kilka dni taką prywatną bajeczkę, która - dopóki trwała - podobała mi się z każdą chwilą bardziej. Już się skończyło śpiewanie, zostały same nuty.
Way up North.
Kocham Mindfields, ale nie mam siły na trzy blogi i jeden LJ. Zwyczajnie nie mam, musiałabym się zapisać na śmierć, albo przestać odchodzić od komputera. Hm, jakbym kiedykolwiek od niego odchodziła... Nie to jest istotne. Istotny jest brak czasu i moja tęsknota za dobą minimum trzydziestogodzinną. Wtedy może mogłabym rozważyć jakieś rozrywki. Bo ostatnio nawet pijąc, mam poczucie winy, które przypomina mi, że zamiast próbować wprawić się w stan możliwie odmiennej świadomości, powinnam siedzieć i zapoznawać się zdaniem mnóstwa poważnych krytyków na temat mnóstwa poważnych utworów. Ładnie to ujął kumpel z Koła, pytając "Mało jeszcze robisz?". The point is, że tak. Zdecydowanie za mało robię, chociaż może tylko popadam w niepotrzebną nerwowość, co potwierdza moja Pani Matka, z dezaprobatą patrząc na mnie, kiedy na raz próbuję przekręcić stronę w książce, odpisać znajomym, że niestety nie mam chwili na odebranie telefonu i otworzyć piwo za pomocą znalezionej w cukiernicy łyżeczki. Żenujące widowisko. Bogu dzięki, że nie muszę uczyć się niemieckiego. Wprawdzie piękna to mowa i niewątpliwie potrzebna, ale sposób, w jaki Sayaa opowiada mi o swoich zajęciach, wywołuje u mnie dreszcze.
Gdybym tak chciała robić update z tygodnia, musiałabym przepisywać tutaj kilometry zeszytu. Cóż, do wielce odkrywczych wniosków tam nie dochodzę, więc sobie daruję. Kiedyś natomiast muszę wrzucić na sieć Goth Susan, nieoficjalną maskotkę Koła. Otóż trafiło mnie natchnienie i stworzyłam złośliwą, małą, ubierającą się na czarno, potarganą wiedźmę z kotem. Kot bywa "just unconscious", szczególnie, kiedy wejdzie mu w drogę chłopak Susan - "Nie mamusiu, on nie jest satanistą. Jest tylko alternatywnym chrześcijaninem." Ta nieustająca miłość do Monty Pythona pewnego dnia mnie zgubi. A Susan dostała imię od fanów, bo ja nie umiałam jej żadnego wymyślić. Jestem głupia :P
In this silence...
Staram się nie być dzisiaj egocentryczna. Połowę nocy przepłakałam, przeplatając ryk odmawianiem różańca. Nie modliłam się od lat. Dosłownie. Może zaczynam coś rozumieć. Może uczę się przebaczać. "To nic wielkiego, tato. Nic takiego się nie stało." Mam wielką nadzieję, że kiedyś będzie mnie stać na wypowiedzenie tych paru słów. Bo odrzucenie koszmarnie boli, a papież umiał przebaczać. Pokazywał, jak. Boże, robię się pretensjonalna, prawda? To resztę przemyśleń zachowam dla siebie.
Tak mi się nagle śmiać zachciało, jak u koleżanki przeczytałam, że po informacji o śmierci papieża chciała być ze swoim facetem. Nie sama. A śmiać mi się chciało ponurym śmiechem, bo też "chciałam być z". Desperacko. Durne uczucie obudziło się gdzieś w środku najgorszego smutku, patrzenia w ekran, w komentarze, w ludzi klęczących w kościołach. Zachciało mi się "obecności". Niestety, różnica tkwi w tym, że nawet nie mogę mu powiedzieć prostego "wiesz, było mi upiornie przykro". Nie mogę powiedzieć, bo po jaką cholerę mam mówić? Co go to obchodzi, że mi było przykro? Nic. Nic nie znacząca, hurtowa znajomość. Dziękuję, to ja. Tutaj ukłony.
Dobrą radę dostałam, wóz albo przewóz. Nic z tego. Słowa nie powiem. "A home without a cat is only a house". A dni bez świadomości, że za jakiś czas znów mu przypomnę o nie wysłanych płytach są tylko kalką bezsennych nocy. Rozpuszczalna bezkofeinowa kawa. Marna imitacja dnia, in fact.
Nothing at all.
Ja rozumiem. Ja przyjmuję do wiadomości. Ja się nawet godzę, skoro nic więcej zrobić nie mogę, choćbym wyrwała sobie ręce, nie zostawiając nic ponad korpus podobny do tego, co został z major Kusanagi w końcówce pierwszego "Ghosta". Dociera do mnie ta, jakże prosta, prawda. Nie mam żadnych ostatnich życzeń, w celi mnie nakarmiono, a palenie rzuciłam. Kłaniam się, dziękuję, odchodzę. Your wish is my command. Niech mi tylko ktoś powie, dlaczego to aż tak, kurwa, musi boleć?!
So fucking great.
Nie będę czytała fanfików do HP. Nie będę. Zwyczajnie zamknę przeglądarkę i dam sobie spokój. Spiszę z pliku plan zajęć (przeklęta drukarka), wyłączę komputer i wrócę do samokształcenia. O, tak. A jak już pojadę do Łodzi, to będę systematycznie chodziła na zajęcia, przerwy spędzała w czytelni, a nie w Bibliotece, ćwiczyła co wieczór i przestrzegała diety. Będę się smarowała balsamami, goliła nogi i prasowała koszule. Nie będę chodziła w porozciąganych łachach i - przysięgam - więcej nie zrobię głupiej miny za plecami Magistra P(opieprzonego). Nie będę rozmyślała o głupotach i chlała bezmyślnie w poniedziałkowe wieczory do towarzystwa Selenie i stacji Gold FM. Nie wypowiem, a tym bardziej nie pomyślę nawet wiadomego słowa, paranoję wmiotę pod dywan i przytrzasnę regałem. Będę pracowała nad precyzją wypowiedzi. Choćbym miała rzygać co wieczór patrząc na nowonarodzoną doskonałość w lustrze, będę idealna.
Husbands.
Niestety, nie poprzestałam na jednym mężu - po Spike'u (sorry, stary...) wyszłam jeszcze za Severusa Snape'a, Siriusa Blacka (żeby Snapuś nie czuł się samotny), Draculę (tego z Dracula 2000 - Gerard, Gerard!) i na koniec za mojego jedynego, kochanego, cudownego Johna Prestona! No. Po czym doszłam do wniosku, że Kamui też jest niczego sobie i nada się na szóstą żonę, ale nazwiska Shirou nie przyjmę - ostatni mąż najstarszej żony będzie nosił jej nazwiska - jak przystało na porządne małżeństwo liniowe! Albo nieporządne - nie ma cię tu, Al... więc nie poprawisz ewidentnego błędu rzeczowego :P Że też musiałam Heinleina w mieście zostawić, nyu!
EDIT: A może to i nie błąd... naprawdę nie pamiętam, ale wydaje mi się, że najmłodszy mąż przyjmował nazwiska poprzednich mężów najstarszej żony, zachowując własne. Czy ona przyjmowała jego nazwisko, za cholerę nie mogę sobie przypomnieć...
Married.
Zostałam mężatką! Jasna cholera... powiedzcie mi, czy ja jestem nieuleczalnie pierdolnięta, czy to mi przejdzie z wiekiem? Panie i Panowie - Mój Mąż!
Drobna uwaga.
Nie musicie komentować na temat. Nie musicie komentować błyskotliwie. Nie musicie komentować ze zrozumieniem. Ale przynajmniej, kurwa, napiszcie, czy się wam layout podoba!
I nie, nie zostawiłam MINDFIELDS. Raczej nie zostawię. Po prostu odechciewa mi się pisać, kiedy nie mam najdrobniejszego znaku, że ktoś to jeszcze czyta. Chociaż co piąte słowo.
While I just sit and stare at you.
Nie uważacie, że go boli? Nie macie wrażenia, że on to lubi? Musi lubić, bo inaczej nie pozwoliłby wyrżnąć sobie na ramieniu krwawej litery. Napisać nożem na żywym mięsie, a mięso się uśmiecha. Krew mu płynie po ramieniu i założę się, że cała ta rana cholernie go rwie, ale to nic. Zupełnie nic, niech sobie drętwieje do upojenia. Zaraz nie będzie niczego. Masz rację, ból sprawia, że świat na moment bieleje tak, jak bieleją ślady po odciśniętych paznokciach, zanim znów wypełni je krew. "Blank" - krótki błysk - nie czujesz nic poza tym kolorem, tak doskonale nieistniejącym, że aż znikasz, roztapiasz się w niebycie. Biel tłumi emocje, pozwala je wytrzymać, znieść, w końcu zapomnieć. Rozcinam dłoń, nożykiem wykręconym z temperówki rysuję na skórze dziecinne esy-floresy. To tak, jakbym je malowała czerwoną farbą. Zasychając, lekko ściąga skórę. Patrzę, jak schnie, jak pęka znów, kiedy ruszam palcami. Ciszej i ciszej, znika z nas żal, znika tęsknota, znika gniew. W piekącą krawędź ostrza wtapia się dzieciństwo, z którego kazali nam wyrosnąć i lęki, których do dzisiaj kurczowo się trzymamy. Nie bez przyczyny skalpel to czasem jedyne lekarstwo.
Od dziecka się tak bawię. Co dziwne, zawsze wiedziałam, jak płytko i jak głęboko jednocześnie można, żeby nie zostały ślady. Pomaga posiadanie kota. Koty drapią, taki ich zwyczaj. Dlatego nigdy nie tniesz prosto i zawsze samym czubkiem. "Kot mnie udrapnął". Akurat. Z dziecięcych zabaw się nie wyrasta - tak samo, jak dziecięce potwory, wpycha się je w podświadomość, dusi rozsądkiem i knebluje logiką. Tylko nocami cienie wychodzą ze ścian, patrzą na nas ślepiami wilków, mamroczą coś pod nosem. O, już widzę, jak naciągasz kołdrę - ciasno, po samą brodę. I zastanawiasz się, skąd one - do cholery - znają łacinę?